__nienawidzę świąt. rodzina zjeżdża się do mojego domu i po kilku godzinach czuje się wypalona emocjonalnie. nie mam siły już się uśmiechać, udawać, że z zainteresowaniem słucham tych wszystkich rozmów i wszystkie tematy coś dla mnie znaczą.
__czy moja pusta emocjonalna coś znaczy? czy jest ona zła? czy to normalne?
__nie mam siły...

__dopiero teraz się zoriętowałam. zaraz miną dwa lata od kiedy założyłam tego bloga. nie żebym była jakoś bardzo aktywna przy prowadzeniu go, ale to moje najdłuższe takie przebywanie w sieci od kidy pamiętam. normalnie tak się nudziłąm pisaniem w internecie, że moje wcześniejsze blogi wytrzymywały max pół roku, a tu już stukają 2 latka. szok. ciekawe ile to jeszcze wytrzymam...
__znów nie wiem co mam z sobą zrobić. nie mam żadnych pomysłów na przyszłość, ani żadnych zdolności, które by mi pomogły na coś się zdecydować. możliwości, o których kiedyś rozmyślałam... wszystkie się spieprzyły, bo nie byłam wystarczająco zmotywowana by je osiągnąć. ponownie nie wiem co mam robić. jestem jak nindża pozbiony wszelkich nadziei i marzeń. wegetuję. przeżywam każdy dzień, popadając w rutynę.
__gdyby to się stało trzy dni później... ale nie stało się. stało się to wczoraj. snów mam problemy z kolanem. znów nie mogę chodzić. a raczej poruszam się o kulach w zwolnionym tempie, jak w filmie, wszystko jest teraz dużo wolniejsze.
__niby czuję się pewnie kulach, spędziłam o nich chyba już z rok w sumie. jednak... czuję się jakbym po raz pierwszy z nich korzystała. czemu tak się dzieje? nie wiem. może dlatego, że teraz nie mogę wyprostować nogi, a wtedy nie potrafiłam jej zgiąć - mam teraz inne ułożenie ciała przez to. inaczej rozkłada się mój środek ciężkości. albo po prostu od nich odwykłam... ostatni raz korzystałam z tych dodatkowych nóg we wrześniu czy październiku zeszłego roku i teraz znów patrzę na nie z nienawiścią, bo przypominają mi o najgorszych rzeczach w moim życiu - początku pewnego rodzaju kalectwa i śmierci najważniejszej dla mnie osoby...
__gdyby to mi się stało jutro po południu, albo po jutrze nie byłaby to taka katastrofa. jednak wczoraj? ja jutro mam ostatnią maturę i nie uśmiecha mi się na nią jechać w eleganckich ciuchach i o kulach. jedyny plus jest taki, że jeszcze nie muszę zakładać tej cholernej ortezy, bo wtedy wyglądałabym dopiero żałośnie.
__co do mojego wcześniejszego wpisu - nie miałam zamiaru nikogo nim urazić, ale powiedzcie szczerze: naprawdę sądzicie, że dyplomowani psychiatrzy są zawsze pewni swoich decyzji odnośnie pacjentów? nigdy się nie pomylili? tak na prawdę nie bawią się ludzkimi umysłami wciskając swoim klientom różnego rodzaju kit, który ma zapewnić im spokój duszy do ich następnego spotkania? bo jak na mój gust tylko i wyłącznie o to im chodzi. więc czemu ja nie miałabym pomagać tym, którzy tego potrzebują?
__decyzja należy do was.

To było jedno z tych nudnych, monotonnych popołudni. Z głośników mojej wieży grał ostry rok, przeplatany od czasu do czasu hip-hopem lub rytmicznym popem. Ja siedziałam w rozgrzebanej pościeli na moim łóżku, oparta na poduszkach i z nosem w książce. Był to gorący, letni dzień, więc byłam w króciutkich szortach i kusej bluzeczce na ramiączkach.
Właśnie przekroczyłam połowę tomu, kiedy do pokoju weszła moja matka. Nie zaskoczyła mnie tym. Już dobrą chwilę słyszałam jej ciężkie kroki na drewnianej podłodze przedpokoju.
- Skocz do sklepu. - stanęła nade mną jak kat.
Spojrzałam na nią leniwie i przewróciłam stronę.
- Biegnę. - mruknęłam z kpiną w głosie.
Miałam farta, że spojrzałam akurat na numer strony, bo matka nagle wyrwała mi książkę z ręki i rzuciła ją na biurko.
- Ej! - oburzyłam się i wstałam po wolumin. Szybko zaczęłam kartkować go szukając miejsca gdzie skończyłam. - Za co to?
- Za brak szacunku. Ubieraj się, skoczysz po warzywa na zupę. - położyła mi forsę na biurku i wyszła z pokoju, kończąc w ten sposób rozmowę.
- Ne, ne, ne, ne… - przedrzeźniałam ją, ubierając się nieśpiesznie.
Podchodząc do wyjścia wsadziłam słuchawki do uszu, warknęłam, iż wychodzę i ruszyłam a zakupy. Gdybym tylko wiedziała.
Dochodziłam już do sklepu, została mi tylko ulica do pokonania. Rozejrzałam się pobieżnie dookoła i zaczęłam przez nią przechodzić. W słuchawkach ryczała muzyka, włosy jak zwykle zasłaniały mi widoczność. Nie miałam szans dostrzec pędzącego tira, a kierowca nie zdążył zahamować.
Ostatnie co pamiętam to ból uderzenia wpierw o tira, a następnie o asfalt. Słyszałam krzyk kobiety i ciche „Przepraszam” wydobywające się z moich ust. Moimi ostatnimi myślami był żal z powodu mojego wcześniejszego zachowania.
Później była ciemność. Ogarnęła mnie wraz z całkowitą ciszą.
Miałam wrażenie jakbym była w tej próżni miesiące, gdy nagle oblało mnie białe światło i nagle znalazłam się w szpitalu. Do sali operacyjnej biegło mnóstwo lekarzy i pielęgniarek. Zaciekawiona poszłam za nimi. Zobaczyłam postać całą we krwi. Była podłączona do różnych rurek i kabli, ledwo oddychała. Przyglądałam się jej z zainteresowaniem. Po chwili zorientowałam się, iż to byłam ja! Ci ludzie ratowali moje życie! Mój wzrok padła na sprzęt kontrolujący pracę serca. Było ze mną coraz gorzej. Jednak paradoksalnie czułam się coraz lepiej. Spojrzałam na swe dłonie. Z każdą chwilą z półprzeźroczystych przybierały swoją normalną barwę i fakturę. Podeszłam do mojego ciała, przenikając przez dorosłych wokół mnie. Złapałam dłonie swojego ciała z nadzieją, że wejdę do niego z powrotem. Jednak z rozpaczaniem stwierdziłam, iż nic takiego się nie stało.
- Dla ciebie już jest za późno. Twoje ciało umiera. Nie możesz wrócić. - usłyszałam głos mężczyzny. Odwróciłam się w jego stronę i zobaczyłam dwudziestokilkulatka o ciemnych włosach spadających mu na szare oczy, okalających bladą, podłużną twarz z prostymi ustami i wydatnym nosem.
- Ty mnie widzisz. - zdziwiłam się. - A oni?
- Nie mogą nas zobaczyć.
- Czemu jest dla nie za późno? Jeszcze całe życie przede mną. - załapałam go za poły skurzanej kurtki i pociągnęłam ją zrozpaczona. Czułam łzy napływające mi do oczu.
- Twoje życie będzie trwało jeszcze tylko kilka sekund. Twoim przeznaczeniem jest umrzeć tu i teraz. - mówił chłodnym i rzeczowym tonem.
Jego podejście mnie zdenerwowało. Oczy wyschły mi na tych miast. Z całej siły pchnęłam go na ścianę. Podeszłam znów do niego i złapałam za fraki.
- Pieprze przeznaczenie. - syknęłam przez zaciśnięte zęby. - Ja chcę żyć!
- Za późno. Już nie żyjesz. - wskazał w stronę monitorów.
- Czas zgonu: siedemnasta dziesięć. - usłyszałam zrezygnowany głos lekarza. Odwróciłam się w stronę ciała. Nie widziałam ruchu klatki piersiowej. Nogi się pode mną ugięły.
- Czemu? - swoje martwe spojrzenie utkwiłam w mężczyźnie.
- Bo jesteś potrzebna gdzie indziej. - kiwnęłam głową zrezygnowana. Wyciągnął dłoń w moją stronę. - Choć ze mną. Już czas.
- Mogę się pożegnać?
Patrzył na mnie wyczekująco. Po chwili jednak opuścił dłoń. Uznałam to za znak zgody.
Dojrzałam moją rodzinę. Biegli korytarzem, w moim kierunku, choć pewnie nie zdawali sobie z tego sprawy. Wyszłam im naprzeciw. Kiedy zatrzymał ich lekarz, stanęłam obok niego i ukłoniłam się.
- Żegnajcie. - powiedziałam spokojnie. Nie dotknęłam ich, bo bałam się, iż się rozkleję. - Przepraszam, że byłam taka wredna i chamska przez większość czasu. Sayonara[1].
Odeszłam od nich spokojnym krokiem i podeszłam do mojego towarzysza. Kiedy usłyszałam szloch moich rodziców, poczułam ukłucie bólu. Miałam wrażenie, iż czułam ich rozpacz. Zacisnęłam mocno zęby.
- Gotowa? - zapytał.
- Nigdy nie będę gotowa. - powiedziałam zgorzkniała. Popatrzyłam mu w oczy. - Mogę wiedzieć jak masz na imię?
Uśmiechnął się lekko. Wyglądał jakby nie spodziewał się tego pytania.
- Nazywam się Adam.
- A ja jestem Karoli… Nie, Karolina nie żyje. Mów mi Lina. - wyciągnęłam do niego rękę.
- Miło mi cię poznać Lino. - uścisnął moją dłoń i w tym momencie szpital zniknął.
…
- Co ty robisz? - usłyszałam zdenerwowany głos za plecami. Nawet się nie obejrzałam. Moje oczy cały czas wpatrywały się w kobietę w czerwonej sukience. - Lina złaź stamtąd, albo sam ściągnę cię na dół. - mówił dalej, a ja w odpowiedzi poprawiłam się na gałęzi i wesoło pomachałam nogami. Po chwili na moim ramieniu zacisnęła się duża, biała dłoń, a kobietę zasłoniły mi srebrne oczy mojego towarzysza. - Kpisz, czy o drogę pytasz?
- Spójrz na laskę w czerwieni. - wskazałam mu kierunek butem, on jednak nie posłuchał mnie i dalej się we mnie wpatrywał. Zrezygnowana uniosłam oczy ku niebu. - Jak przeniesiesz swe piękne oczy ze mnie na nią, to zrozumiesz, czemu cię ignorowałam.
- Nie jestem zainteresowany kolejną dupą, za którą się oglądasz. Znasz nasze…
- Kurwa, zniknęła. - przerwałam mu, skoczyłam z drzewa, poleciałam przy tym kilka metrów do przodu i kiedy moje stopy dotknęły chodnika pobiegłam w stroną, gdzie widziałam ją po raz ostatni. Szybko znów ją ujrzałam. - Dzięki Bogu za jaskrawe sukienki. - mruknęłam pod nosem.
Zaraz obok mnie usłyszałam szelest kurtki Adama.
- Ok., już rozumiem, o co ci chodziło.
- Zaczniesz mi teraz bardziej wierzyć?
- Bym mógł ci uwierzyć, musiałbym cię najpierw w ogóle zrozumieć.
Zrobiłam niewinną minkę.
- Przecież znamy się już dziesięć lat. Jeszcze mnie nie rozgryzłeś?
- Dziewczyno, ty jesteś gorsza od Enigmy.
- Ty to wiesz jak zbajerować dziewczynę. - zażartowałam i przyśpieszyłam kroku.
Kiedy dogoniłam mój cel, złapałam ją za ramię i pociągnęłam w stronę alejki. No dobra, źle to ujęłam. Jestem duchem, nie mogę łapać ludzi. Za to mogę łapać inne duchy, które np. wpychają się w nie swoje ciało. Będąc szczerą ja ‘widzę’ te dusze jakby były czymś w rodzaju jarzeniówki.
- Hej aniele. Chyba pomyliłaś miejsce zamieszkania. - uśmiechnęłam się do niej.
- To przez nią nie żyję. Dlatego należy mi się jej życie. - odpowiedziała mi wściekła. - Nie masz prawa odbierać mi drugiej szansy.
- Nikt nie ma drugiej szansy. Spójrz na mnie - utknęłam w osiemnastoletnim ciele.
Jej wielkie, brązowe oczy zaszkliły się przez łzy. Skrzywiłam się. Nie lubię, kiedy dusze płaczą i starają się brać mnie na litość. Wyjęłam srebrny pierścień z kieszeni i założyłam go jej na serdeczny palec prawej ręki. Jak zwykle pasował idealnie.
- Adam! Twoja kolej. - zawołałam.
Zaraz usłyszałam jego dźwięczny głos mówiący po łacinie. Jak zwykle zrozumiałam tylko ostatnie zdanie, bo wtedy wracał do ludzkiego języka.
- Twa dusza jest oczyszczona, możesz odejść w spokoju.
Po tych słowach kobieta zaczęła się rozpływać, aż w końcu całkiem zniknęła.
- Czemu ty nigdy nie odmawiasz modlitwy oczyszczenia? - zapytał Adam, kiedy podniosłam pierścień, który (jak zawsze) został. Srebrne kółko powrotem zniknęło w mojej kieszeni.
- Bo lubię twój głos. - odpowiedziałam lekko.
- Kłamiesz. - burknął, a po chwili się poprawił. - Dobra, źle powiedziałem. Ty nie mówisz wszystkiego. - zauważył.
- Nie lubię łaciny. Jest dla mnie za trudna. - uśmiechnęłam się. Jednak jego wzrok zmuszał mnie do powiedzenia prawdy. Zła przygryzłam wargę. - Nie twój interes.
- Dalej nie wierzysz?
To był strzał w dziesiątkę, ale choćby mrugnięciem nie dałam tego po sobie poznać. Mój uśmiech zrobił się kwaśny.
- Twoja psychologia jest naprawdę kiepska. Przejrzyj ponownie swoje książki. Może wtedy mnie rozszyfrujesz. - stanęłam blisko niego. Gdybyśmy żyli, czulibyśmy nasze oddechy.
Już miał coś powiedzieć, gdy uderzyła mnie fala negatywnych emocji. Zatkałam mu usta dłonią i skupiłam się na wytropieniu jej pochodzenia. Tzw. ‘wewnętrznym okiem’ zobaczyłam mężczyznę stojącego na dachu budynku, a obok niego ducha identycznego jak ten koleś. Najlepsze w tym wszystkim było to, iż duch namawiał człowieka do samobójstwa.
- Czy ten dzień nigdy się nie skończy? - jęknęłam. Objęłam Adama w pasie i przeniosłam nas na odpowiedni dach.
Duch nas nie zauważył. Cały czas mówił swojemu bliźniakowi, jaki to on jest beznadziejny. Zwalał na niego winę za swoją śmierć. Zirytowało mnie to bardziej niż zwykle (pewnie z powodu wcześniejszej rozmowy i spotkania z kobietą w czerwieni), więc podeszłam do duszy od tyłu i kopnęłam ją w dupę tak, że spadła z dachu.
Kiedy facet wspiął się powrotem, rzuciłam cyniczne ‘ups’, a mój towarzysz westchnął zrezygnowany.
- Jakim prawem mnie kopnęłaś? - zapytał.
- Takim samym jak ty namawiasz brata do samobójstwa.
- To przez niego nie żyję. Musi mi w zamian dać swoje życie. Będzie się pałętał wraz ze mną tu na ziemi.
„Co do cholery? Ratuję dziś tylko ‘morderców?” - zapytałam sama siebie w myślach.
- Mylisz się. Ty pójdziesz do Piekła, a on zostanie odesłany do Nieba. Oczywiście, jeśli teraz skoczy. Sorry, ale nie ma sprawiedliwości na żadnym świecie.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Kłamiesz. - powiedział w końcu.
„Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym teraz kłamać.” - pomyślałam.
Szybkim krokiem podeszłam do niego i złapałam go za rękę, tak by nie zauważył, iż zakładam mu pierścień. Mocno trzymałam jego dłoń, nie puszczając jej nawet na sekundę.
- Adamie, możesz zaczynać. A co do ciebie kolego, to powinieneś się rozluźnić. Nic ci nie grozi. Szykujemy ci drogę do odpoczynku.
Mówiłam do niego spokojnym, sennym głosem. Dzięki temu gwałtowne dusze się uspakajały, a mój towarzysz mógł w spokoju wykonywać swoją część zadania.
- Obiecujesz? - zapytał duch.
- Tak.
Słuchając modlitwy przypomniało mi się jedno zdarzenie.
Było to zaraz po mojej śmierci. Adam przeniósł mnie wtedy do Nieba. Od razu przed Jego oblicze. Muszę przyznać, iż wtedy przypominał człowieka. Jednak było w nim coś takiego… nieludzkiego. W dodatku jego moc pulsowała.
- Witaj Lino. - Jego głos zabrzmiał w całej komnacie, której ścian nie mogłam dojrzeć. Wszystko było dla mnie za białe. - Wiesz, kim jestem?
- Domyślam się. - odpowiedziałam grobowym głosem. - Co tutaj robię?
- Trochę szacunku! - usłyszałam kolejny głos, tuż obok mojego ucha. - Bezbożnica.
- Uspokój się Piotrze. - odezwał się Bóg rozbawionym głosem. - Obecnie to normalne zachowanie wśród nastolatków. Z resztą droga Lina nie do końca wierzy w moje istnienie, nieprawdaż?
- Prawdaż, prawdaż. Jak na mój gust mam po prostu niezłe haluny.
- Nie dziwię ci się. - miałam wrażenie jakby się uśmiechnął, ale nie widziałam dobrze jego twarzy, więc nie byłam pewna. - Czy mimo to wykonasz dla mnie pewne zadanie?
- A co to za zadanie?
- Będziesz odsyłać dusze z Ziemi do Nieba.
Parsknęłam głośno, cały czas patrząc na postać przede mną. Ja mam ratować dusze? Dobre sobie. Prędzej sprowadzę je do Piekła.
- Niby jak mam to zrobić? Dasz mi jakieś super moce? - zakpiłam.
- Adam ci to wyjaśni. Będzie twoim partnerem.
- Super, mam niańkę. - mruknęłam pod nosem, a głośniej spytałam. - Czemu ja?
- Bo tylko twoja dusza jest do tego odpowiednia. Jesteś jedyna, która może zrozumieć każde cierpienie i je odesłać.
- Co z tego będę miała?
- Znów będziesz żyć. Narodzisz się na nowo.
- A jeśli chciałabym po prostu zniknąć?
Nie odpowiedział na to pytanie. Milczał tak długo, że miałam wrażenie, iż już nic nie powie. W końcu jego głos znów zabrzmiał.
- Jest jedna rzecz, którą musisz wiedzieć odnośnie tego zadania. Dopóki nie uwierzysz, nie będziesz mogła pomóc.
Po tych słowach wszystko zaczęło znikać. Na ‘do widzenia’ burknęłam:
- Więc nigdy nie wrócę do świata żywych.
Miałam wrażenie, że słyszę Jego śmiech, ale przez hałas ulicy, który nagle się pojawił, nie jestem pewna. Obok mnie stał mój towarzysz. Westchnęłam zrezygnowana.
- Więc co mam zrobić?
…
Schyliłam się po pierścień, a następnie usiadłam obok samobójcy. Zamknęłam oczy i zaczęłam śpiewać:
Niesamowita łaska, jak słodki dźwięk
To uratowało nieszczęśniczkę taką jak ja
Raz byłam zagubiona, ale teraz się odnalazłam
Byłam ślepa, ale teraz widzę
Istniejąca łaska, która nauczyłam moje serce czuć
I łaska mój lek złagodziła
Jak wybitnie zrobił, że łaskę ukazuje
Godzina, w której jako pierwsza uwierzyłam
Kiedy byliśmy tam dziesięć tysięcy lat
Jasność lśni jak słońce
Mieliśmy nie mniej dni, aby śpiewaniem wysławiać Boga
Wtedy, kiedy pierwszy raz zaczęliśmy
Śpiewałam te żenujące słowa w kółko, aż na twarzy człowieka nie pojawiły się łzy, a on sam nie zszedł z dachu. Obok mnie stanął Adam i położył dłoń na moim ramieniu. Trwaliśmy tak w milczeniu jakiś czas. W tle słyszałam dźwięki miasta.
- Pomogłaś tylu duszom, więc czemu nie możesz uwierzyć w Niego? Przecież nawet z Nim rozmawiałaś.
To nie było oskarżenie, tylko stwierdzenie faktu. Jego smutny głos uświadomił mi jak bardzo jest mu przykro z ego powodu i że czuje się zdradzony, bo nie chcę mu nic powiedzieć.
- Zbyt wiele bólu i cierpienia widziałam w moim krótkim życiu. Nie potrafię uwierzyć, że ktoś tak potężny nic nie robi dla ludzi, którzy tyle cierpią.
Pochyliłam nisko głowę, by ukryć łzy, które pojawiły się w moich oczach. Oparłam czoło na rękach i oddychałam głęboko by się uspokoić.
- Mój syn zabił swego brata. - odezwał się nagle.
- A przez twoją żonę straciliśmy Raj. - dodałam.
Nagle podniósł moją twarz do góry. W jego oczach dojrzałam zdumienie.
- Skąd wiedziałaś?
Wzruszyłam ramionami.
- Masz na imię Adam, tak jak pierwszy człowiek. Jesteś bardzo wierzący. Twój syn zabił brata, tak jak to było z Kainem i Ablem. Twoje oczy są starsze niż ciało. Wniosek nasunął mi się sam. - wstałam i stanęłam na skraju dachu. Rozłożyłam szeroko ręce niczym skrzydła. - Wiesz, że nie mogę cię zrozumieć? Twoje dziecko zabiło, by przypodobać się Jemu, a ty mimo to nadal wiernie Mu służysz.
- To nie On kazał to zrobić Kainowi. To była jego własna decyzja.
- Ludzie chorzy na HIV’a nie chcieli być umierający, a jednak są. - patrzyłam mu prosto w oczy. - Nie każdy chory na raka palił, a jednak go ma. - z każdym argumentem stawiałam krok w jego stronę. - Wulkany wybuchają i zabijają ludzi, którzy chcą żyć. Powodzie zalewają domy ludziom, którzy przecież sami nie zwiększają poziomu wody, bo chcą mieć basen w domu. I… - już miałam powiedzieć o mojej przeszłości, ale w porę się powstrzymałam. Przygryzłam dolną wargę szukając jakiegoś innego zakończenia. - I gdzie tu widzisz Bożą sprawiedliwość, opiekuńczość i miłość?
Nagle ogarnęło nas białe światło. Zirytowana przeklęłam pod nosem, bo wiedziałam, co się za chwilę stanie, a nie chciałam tego. Znów byłam w tym cholernie białym pomieszczeniu. Na ‘dzień dobry’ usłyszałam jedno słowo:
- Przepraszam.
- Nigdy ci tego nie wybaczę. - odpowiedziałam, stojąc do niego tyłem.
- Ona chciałaby byś mi wybaczyła.
- Jej już nie ma, więc nic nie może chcieć lub nie chcieć. To niemożliwe.
- Jesteś tego pewna? - zapytał Bóg, a mnie ciarki przeszły po plecach.
- Co ty…
- Karolina? - usłyszałam kobiecy głos gdzieś z prawej strony. Odwróciłam głowę w tamtą stronę i zobaczyłam kobietę, za którą tęskniłam od lat. - Karolina? To ja, babcia. Poznajesz mnie?
Była młodsza, niż kiedy widziałam ją po raz ostatni. Wyglądała na zdrową i pełną życia. Była tak podobna do fotografii, która wisiała w przedpokoju… Jednak coś mi mówiło, iż to nie ona.
Podeszła do mnie i przytuliła mnie mocno. Ja stałam tymczasem jak kołek i nie mogłam uwierzyć własnym oczom, a po moich policzkach spływały łzy. Zaczęłam kręcić głową i gwałtownie odepchnęłam ją od siebie.
- Ty nie jesteś moją babcią. - powiedziałam oskarżycielskim tonem. Rękawem płaszcza szybko otarłam łzy.
- Karolino, jak możesz tak mówić? Nie poznajesz mnie?
- Nie wiem ktoś ty, ale na pewno nie jesteś ze mną spokrewniona. To jest jedno, obrzydliwe kłamstwo.
- Karolina uspokój się. Trochę szacunku.
Jak udowodnić, że kłamie?
- O co się mnie czepiałaś, kiedy pisałam u ciebie dyktanda? - zapytałam znienacka.
- Dyktanda? - zdziwiła się.
- Tak, nie pamiętasz? Kiedy byłam dzieckiem i przychodziłam do ciebie popołudniami, czasami pisałyśmy dyktanda. O co się wtedy mnie czepiałaś?
- O to, że robiłaś tyle błędów. - odezwała się po chwili niepewnym głosem.
- Tylko o to?
- No tak. Robiłaś ich przecież bardzo dużo.
Na mojej twarzy pojawił się kwaśny uśmieszek.
- Bullshit[2]. Moja babcia miała do mnie pretensje o to, że praktycznie piszę nosem po kartce. Bardzo nisko trzymałam głowę. Kim tak naprawdę jesteś?
Kobieta zmieniła się w św. Piotra.
- Mogłam się spodziewać, że to ty. Nikt inny nie podjąłby się tak idiotycznej roli. A co do Ciebie, Boże… - odwróciłam się w Jego kierunku. - Jeśli Twoim planem było bym znienawidziła Cię jeszcze bardziej niż do tej pory, to Ci się to udało.
- Ona przeszła dalej, krótko po swojej śmierci. - odezwał się po chwili.
- To, po co ta szopka? Chciałeś coś przez to udowodnić?
- Chciałem cię w ten sposób przeprosić.
- Pieprze Twoje przeprosiny. - sięgnęłam po srebrny pierścień i rzuciłam nim w Niego. - Pieprzę tę misję. Nie chcę cię nigdy więcej widzieć. Jesteś dla mnie nikim. Nie jesteś żadnym cholernym bogiem, jesteś tylko zwykłym Obserwatorem. Tak więc wróć do swojej pracy - patrz jak ludzkość się stacza i nie ingeruj w to tak jak to robiłeś do tej pory.
- Ty niewychowana smarkulo. Jakim prawem tak się zwracasz do Pana?
- A jakim prawem Piotrze próbowałeś mnie złamać udając jedyną osobą, jaką kiedykolwiek kochałam?
Wcisnęłam ręce w kieszenie płaszcza i zaczęłam odchodzić, kiedy zorientowałam się, iż mam coś w kieszeni, która powinna być pusta. Gdy wyjęłam ten przedmiot, okazało się, że to był pierścień, którym przed chwilą rzuciłam w Niego.
- Jakim cudem?…
- On należy do ciebie. Nikt nie może ci go zabrać, a ty nie możesz się go pozbyć ot tak. To niemożliwe.
Zwęziłam oczy tak, iż były tylko wąskimi szparkami. Po chwili przeniosłam się sama na Ziemię. Nie zwróciłam uwagi na Adama, który jak cień podążył za mną.
Stojąc na środku ulicy uniosłam twarz ku górze i zaczęłam głośno wrzeszczeć.
- Aaaa!… Jeszcze mnie popamiętasz z kurwy synu. Będziesz mnie jeszcze błagał, bym oddała ci ten pieprzony pierścień. Zobaczysz, do czego jestem zdolna, kiedy się mnie zdenerwuje. Pierdolony Obserwator…
- Lina, uspokój się. Nie powinnaś tak mówić.
Popatrzyłam na niego. Wyglądał na zagubionego. Podeszłam do niego, stanęłam na palcach i powiedziałam mu na ucho:
- Najlepiej by było gdybyś o mnie zapomniał, albo wpakujesz się w tarapaty. Miło było cię poznać Adamie. - i choć wiedziałam, iż to jest zakazane (a może właśnie dlatego) zrobiłam coś na co od dawna miałam ochotę. Pocałowałam go w usta. Po chwili się od niego odsunęłam i posłałam mu smutny uśmiech. - Sayonara.
I w tym momencie przeniosłam się daleko od niego. Co chwilę ‘skacząc’ w zupełnie różne miejsca i zatrzymują się w nich zaledwie na kilka sekund. W końcu wylądowałam na Syberii i schowałam się tam w jakiejś jaskini, obniżając poziom swojej mocy do minimum. Jednak mimo tego niedługo później Adam zjawił się u mojego boku.
- Jestem twoim partnerem. Nigdy się mnie nie pozbędziesz Ewo.
Spojrzałam na niego z sceptyczną miną. Jeśli mnie bierze za swoją ex, to pomylił adres.
- Nie jestem Ewą. Jestem sobą, więc proszę nie myl nas ze sobą, ok.?
- Jesteś nią bardziej niż ci się wydaje. Jesteś jej reinkarnacją.
Wyśmiałam go.
- Dobra, teraz wiem, że z twoją głową jest seryjnie coś nie tak. Powinien cię zbadać psychiatra.
Nawet nie zauważyłam, kiedy się do mnie zbliżył. W jednej chwili był u wejścia do jaskini, a w następnej jego palce przeczesywały moje włosy.
- To znamię. Pamiętam jak krótko po tym jak zostaliśmy wypędzeni z Raju zemdlałaś i uderzyłaś głową w kamień. Bardzo wtedy krwawiłaś i została się po tym blizna. Każde twoje nowe wcielenie je ma. Zawsze w tym samym miejscu. - pochylił się i pocałował moje znamię. - Nawet nie dajesz sobie z tego sprawy jak za tobą tęskniłem.
Dopiero wtedy to zobaczyłam. To jak na mnie patrzył - tak jakby nikt inny się dla niego nie liczył. Wplotłam palce w jego włosy i dałam się ponieść chwili.
Kiedy nasze usta się połączyły w mojej głowie pojawiły się obrazy, niczym wspomnienia. Wszystko, co zdarzyło się w moich poprzednich życiach między nami, wróciło do mnie. Wraz wspomnieniami oblała mnie fala miłości, czułości i słodyczy.
Wtuliłam się w niego mocniej i przycisnęłam swoje usta do jego szyi, niczym wampir. Jego szczupłe palce wędrowały po moim ciele, a usta rysowały szlak biegnący od znamienia aż po najgłębszy fragment mojego dekoltu i z powrotem.
Nawet nie wiem, kiedy zdjęliśmy ubrania i w końcu tarzaliśmy się na nich smakując się i pieszcząc nasze wygłodniałe ciała. Wiele razy miałam wrażenie, że zaraz dotknę gwiazd.
Po wielu godzinach upojnego seksu opadliśmy zmęczeni. Leżeliśmy w swoich ramionach, mocno spleceni jakbyśmy się bali, iż to był tylko sen i zaraz się obudzimy, by wrócić do szarej rzeczywistości.
Do jaskini zaczęło się wkradać światło poranka, kiedy się odezwał.
- Nie powiedziałem ci wszystkiego.
Zdziwiona podniosłam się na ręce i spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Co masz przez to na myśli?
- Pamiętasz Raj?
- Urywki. - przyznałam po chwili. - Pamiętam naszą dwójkę, a potem mój błąd.
Patrzył w blask poranka i długo nic nie mówił. Nie byłam pewna, co się działo w jego głowie. Czyżby układał dla mnie tą historię?
- W Raju była nas czwórka. - zaczął w końcu. - Nasza dwójka, Bóg i… Lucyfer, Jego ówczesna prawa ręka. Całe dnie spędzaliśmy na lenistwie i zabawie. Byłaś wtedy taka wesoła, żywa. Niczym słońce. Nasze prywatne słońce. Żyliśmy tak długo w tej beztrosce i szczęściu. Jednak czas wszystko zmienił. Bóg i Lucyfer się w tobie zakochali. Ja jeszcze wtedy nie rozumiałem tego uczucia, ale miałem wrażenie, że jesteś dla mnie ważniejsza od nich. Dużo ważniejsza.
Znowu zamilkł. W zamyśleniu gładził mnie po ramieniu. Jego oczy wyglądały jakby oglądał jakąś bardzo starą historię, ale przecież taka właśnie ona była.
- Zaczęłaś zdawać sobie sprawę, że zaczęliśmy traktować cię inaczej, jednak nie wiedziałaś czemu. Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, ale ty zirytowana tym zjadłaś zakazane jabłko. Po tym pozornie się nie zmieniłaś. Tylko twoje oczy patrzyły inaczej. I w końcu… zakochałaś się w Lucyferze.
Wraz z trwaniem opowieści wracały moje wspomnienia. Wiedziałam nawet więcej niż to, co mi opowiadał, ale siedziałam cicho.
- Wasza dwójka zaczęła coraz częściej znikać. Nie wiedzieliśmy gdzie. Któregoś dnia podarowałaś mi jabłko. Ja jeszcze nie wiedziałem skąd je wzięłaś. Dopiero jak moja wiedza się pogłębiła zrozumiałem, co zrobiłaś. Po tym zdarzenia poleciały błyskawicznie. Bóg nakrył ciebie i Lucyfera. Okazało się, że jesteś z nim w ciąży. Bóg poczuł się zdradzony. Lucyfera zrzucił do Piekła i zamknął go tam na wieczność, a ciebie wyrzucił z Raju i sprawił, że twoja dusza jest nieśmiertelna i nigdy nie będziesz mogła wejść do Piekła. Sprzeciwiłem się temu, więc mnie też wyrzucił.
- Teraz znów przyniosę ci pecha. Historia lubi się powtarzać. - opadłam ciężko obok niego.
- Nigdy nie żałowałem tego, że mnie wywalił. Krótko później urodził się Kain, syn Lucyfera. Później pojawił się mój Abel. Z powodu jego ojca Bóg nie tolerował Kaina. Resztę historii znasz.
- Niezły ze mnie był numer. - zaśmiałam się smutno. - Choć On nieźle przesadził. Nie miał prawa ciebie wyrzucać.
- Jeśli by tego nie zrobił, to sam bym odszedł. Nie mogłem zostawić cię samą. Musisz jeszcze wiedzieć, że stanęłaś w mojej obronie, kiedy mnie wypędzał. Powiedziałaś Mu wtedy: „Nie masz prawa go się go pozbywać, nic ci nie zrobił. Powiedział prawdę, która jest dla Ciebie taka ważna. Jeśli go wypędzisz, to zrobię wszystko byś cierpiał katusze na tym swoim piedestale. W końcu jesteś tylko Obserwatorem.” Następnie odwróciłaś się gwałtownie i odeszłaś z dumnie podniesioną głową.
Wybuchłam głośnym śmiechem.
- Historia naprawdę się powtarza. Pamiętam, że chciałam go uderzyć. Z twojego powodu tego nie zrobiłam. Byłeś mi wtedy przyjacielem. Później zostałeś miłością.
Cały czas wokół mnie pulsowała moc dusz, którym powinnam pomóc. Sięgnęłam do kieszeni płaszcza i wygrzebałam z niego papierosy i zapalniczkę. Sama nie wiem jakim cudem to miałam, ale byłam wdzięczna za ten nałóg. Za życia nie paliłam. Zaczęłam po śmierci, by zagłuszyć jęk dusz. Zaciągnęłam się dymem i długo trzymałam go w płucach, by w końcu wydmuchać go ku niebu.
Papieros zwisał mi z ust, do połowy wypalony, kiedy sięgnęłam po moje ubranie.
- Co się stało? - zapytał Adam, kiedy go powstrzymałam przed wstaniem.
- Nie możesz iść ze mną.
- Dlaczego? Co chcesz zrobić?
- Udowodnić, że On nie może mną rządzić. - pocałowałam go w usta, a następnie ogłuszyłam.
Przeniosłam się do miasta. Szybkim krokiem przemierzałam ulice i rozglądałam się za swoim celem. Zobaczyłam chłopaka - typowy skinhead - który właśnie okradał staruszkę. Idealny. Opanowałam jego umysł z łatwością. Kazałam mu zostawić staruszkę i zaciągnęłam go n najbliższy dach. Nie stał tam długo - zaraz kazałam mu skoczyć. W moich uszach brzmiał jego krzyk i głuche łupnięcie ciała uderzającego w beton. Spojrzałam w niebo.
- I co teraz zrobisz? Zabiłam kogoś, musisz mnie wrzucić do Piekła. - krzyczałam. - Jeśli tego nie zrobisz, to musisz wyciągnąć stamtąd pozostałe dusze.
- Dlaczego to zrobiłaś? - usłyszałam Jego głos. Był zrozpaczony.
- Bo nie mogę znieść twojego zachowania. Zasługujesz tylko i wyłącznie na potępienie, ty snobistyczny dupku.
- W takim razie żegnaj Ewo.
- Nie jestem Ewą. Mam na imię Lina.
Wiele razy wyobrażałam sobie piekło. Widziałam je wręcz czerwone od ognia, który wszędzie się palił, albo jako kompletną pustkę, strasznie dobijającą. A co do istot je zamieszkujących… Czerwone diabły z rogami, ogonem i kopytami zamiast stup. Później były bardziej brązowe, całe porośnięte śnięte sierścią. Jednak ostatnimi czasy wierzyłam, że bardziej przypominają ludzi, tylko byli bardzo oszpeceni.
Kiedy się tam znalazłam nie byłam rozczarowana. Ludzie byli zniekształceni, mieli szarą cerę i wyblakłe oczy. Wszyscy siedzieli blisko kociołków, pod którymi tliły się ogniki, bardziej oświetlając tą pustkę niż dając jakieś ciepło. Nikt na mnie nie spojrzał. Żadna postać nie odrywała swojego pustego wzroku od jakiegoś punktu na ścianie, nawet choćby na chwilę.
Podeszłam do pierwszej z brzegu istoty i spytałam o Lucyfera, jednak nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Zła kopnęłam jakiś kamy, który pałętał mi się pod stopami. Poleciał on zaskakująco wysoko, a w locie złapał go jakiś chłopak. Przeniósł swój wzrok na mnie i przyglądał mi się zaciekawiony.
- Wiesz gdzie jest Lucyfer? - zapytałam z nikłą nadzieją na uzyskanie odpowiedzi. Jakże się zdziwiłam, kiedy przemówił.
- Czemu go szukasz?
- Mam dla niego propozycję, która może go zainteresować.
- Jaką?
- To powiem tylko jemu.
- Jeśli mi nie powiesz, to cię do niego nie zaprowadzę. - zagroził.
Już miałam mu coś odburknąć, kiedy usłyszałam tak znajomy głos.
- Kainie, z kim rozmawiasz? Czyżby Jahwe zesłał nam kolejnego towarzysza?
Wraz z głosem za ściany wyłonił się wysoki mężczyzna w płaszczu koloru zaschniętej krwi. Jego zadziwiająco jasną twarz okalały blond loki, a ciemnoniebieskie oczy były obramowane przez czarne niczym smoła rzęsy. Między oczami był prosty, wyrazisty nos, a usta miał duże i pełne.
Do tej pory myślałam, iż Adam jest najprzystojniejszym kolesiem… dosłownie wszędzie, ale jak zobaczyłam Lucyfera nie zdziwił mnie wybór Ewy.
Gdy mnie ujrzał jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Ewa? Jakim cudem? Przecież on ci to uniemożliwił… - jego dłonie złapały moją twarz, a on nie mógł oderwać ode mnie wzroku.
- Jestem aż tak do niej podobna? - zaśmiałam się smutno. - Nie jestem nią, a jej reinkarnacją. Mam na imię Lina. Chciałabym złożyć ci propozycję.
- Reinkarnacja? - zapytał jak w letargu. - Wyglądasz dokładnie jak moja Ewa. - po chwili się zreflektował. Puścił mnie gwałtownie, jakby moja skóra zaczęła parzyć jego ręce. - Jakim cudem się tu znalazłaś? Jahwe nie pozwoliłby ci tu zejść gdybyś była nią.
- Nie miał wyboru.
- Doprawdy?
- Zmusiłam Go do tego. Miał wybór - albo was wypuścić, albo mnie tu zesłać. Gdyby tego nie zrobił, to jego tak ważne zasady by się posypały.
- Zmusiłaś go. Niby jak? Czyżbyś zabiła kogoś? - zaśmiał się rubasznie.
- Namówiłam kogoś do samobójstwa. Praktycznie zrzuciłam tego chłopaka z dachu.
- Nie byłabyś do tego zdolna.
- No to jakim cudem tu jestem, co? A może jestem świętym Piotrem w przebraniu? - zakpiłam z niego. - Serio uważasz go za takiego dobrego aktora? Ja go rozszyfrowałam w trzydzieści sekund.
- Czemu to zrobiłaś?
- Musiałam się z tobą spotkać. - wzruszyłam ramionami. - Wierzę, że tylko ty masz jakiekolwiek szanse by Go pokonać.
- Naprawdę uważasz, że ktokolwiek jest w stanie choćby go drasnąć?
- Drasnąć? Jestem pewna, że we dwójkę możemy Go zniszczyć.
- Zniszczyć Jahwe? Chyba oszalałaś. Nie, ty na pewno oszalałaś.
Nie mogłam uwierzyć, iż tak łatwo się poddaje, nie próbując stanąć do walki. Przez te wszystkie lata wydawał mi się postacią nikczemną, która zrobiłaby wszystko, by strącić Go z piedestału, a tu co? Klapa! Nie chce mu się nawet palcem kiwnąć i od razu spisuje wszystko na straty. Nie do uwierzenia!
- Nie chciałbyś znów ujrzeć słońca? Odetchnąć świeżym powietrzem, a nie tą zgnilizną? Nie brakuje ci zielenie drzew? Nie tęsknisz za Rajem? - złapałam go za poły płaszcza i szarpnęłam do siebie. Dzieliły nas teraz tylko centymetry. - Naprawdę podoba ci się Jego sposób rządzenia światem?
Puściłam go równie gwałtownie, co złapałam. Stracił równowagę i zatoczył się parę kroków w tył. Uśmiechnął się szeroko i spojrzał na chłopaka.
- To właśnie twoja matka, Kainie. Zawsze wojownicza i nigdy nie ma żadnych wątpliwości. Nawet najgłupszą rzecz potrafi przedstawić jakby to było coś ważnego.
- To po prostu szalona kobieta. - skomentował Kain.
- Skąd ta pewność. Żaden z was nie wie, co planuję i już wszystko spisujecie na straty?
- Ewo, daj spokój. Nikt nie jest w stanie Go pokonać.
- Ty Go raz pokonałeś. - dźgnęłam palcem Lucyfera, a on popatrzył na mnie zdziwiony. - Zdobyłeś serce Ewy. Mu się to nie udało. Z tego, co mi się wydaje ona wręcz Nim gardziła.
- Ewo…
- Lino. - poprawiłam go. - Jesteśmy dwoma różnymi osobami. Więc, proszę, nie traktuj mnie jak porcelanową lalkę. Ja wiem więcej o życiu niż ona kiedykolwiek się dowiedziała.
- I tak uważam, że ruszasz z motyką na słońce.
Popatrzyłam na niego pustymi oczami. Zawiodłam się na nim, lekko mówiąc.
- Cykor. Boisz się kogoś, kto tak naprawdę nie ma żadnej mocy, kiedy ty masz armię, która zrobi dla ciebie wszystko. Wystarczy jedna mała obietnica. - pokręciłam głową z niedowierzaniem. - Pomyliłam się co do ciebie. Ewa musiała być ślepa skoro się w tobie zakochała. Adam jest od ciebie o wiele odważniejszy.
Odwróciłam się i zaczęłam odchodzić, kiedy Lucyfer złapał mnie za ramię.
- Gdzie się wybierasz. Stąd nie ma wyjścia.
- Skąd wiesz? Próbowałeś kiedykolwiek uciec, tchórzu?
- Po co miałbym? To jest niemożliwe. On tak zaprojektował piekło, by nie było stąd wyjścia.
- Naprawdę? - popatrzyłam na niego zdziwiona. - Nie czujesz tego pulsowania mocy? Czyżby stępił twoje moce? - spytałam sama siebie. - Z Niego jest naprawdę niezły numer.
- Myślisz, że gdyby tu było gdzieś jakieś wyjście, to nikt by go nie znalazł? - warknął Kain. - Bierzesz nas za głupców?
Rozejrzałam się dookoła na dusze, które wokół nas siedziały. Żadna z nich nawet nie mrugnęła okiem w czasie naszej rozmowy.
- Tak. Z nich są tacy zapaleni szukacze. - zakpiłam.
- Ty mała… - już się miał na mnie rzucić, ale Lucyfer go zatrzymał.
- Naprawdę myślisz, że stąd jest jakieś wyjście? - usłyszałam nadzieję w jego głosie, wymieszaną z nutką niepewności.
- Tak mi się wydaje. Taką moc czułam tylko w jednym miejscu. W Niebie. Z tego wnioskuję, że gdzieś tutaj jest jakaś droga do niego.
Lucyfer podszedł do mnie blisko, złapał za ramiona i spojrzał głęboko w oczy.
- Naprawdę chcesz zniszczyć Jahwe?
- Całym sercem.
Chwilę wpatrywał się we mnie, szukając oznak kłamstwa. Nie miał szans nic znaleźć i w końcu się poddał.
- Jaki jest twój plan?
- Ojcze! - oburzył się Kain. - Ona ci tylko miesza w głowie. Nie słuchaj jej. Pewnie to jakiś Jego żart.
Lucyfer nawet na niego nie spojrzał. Za to odezwał się tonem władcy, który nie toleruje, jak jego poddani się mu sprzeciwiają.
- Nawet jeśli to jakaś kpina, to chcę spróbować tej zabawy. Jestem znudzony tym miejscem. Może dzięki niej zrobi się choć przez chwile zabawnie. Więc co proponujesz?
Uśmiechnęłam się zwycięsko i zaraz wytłumaczyłam, co chcę zrobić.
…
- Puk, puk. Jest ktoś w domu? - zawołałam, wchodząc do białej komnaty.
- Dawno mnie tu nie było. Dobrze wrócić na stare śmieci. - Lucyfer westchnął nostalgicznie. - Nic tu się nie zmieniło.
- Naprawdę było stamtąd wyjście. - Kain rozglądał się zaciekawiony. - Więc to jest Niebo?
Nasza trójka szła na początku pochodu, a za nami maszerowała cała ferajna z Piekła. Wszyscy mrużyliśmy oczy przez tą przerażającą jasność, która nas otaczała. Pod tym względem nigdy nie lubiłam tego miejsca. No, jeszcze jedna czy dwie rzeczy mi przeszkadzały, ale już niedługo ich tu nie będzie.
- Co tu się dzieje? - na naszej drodze stanął Piotr. Gdy mnie ujrzał na jego twarzy pojawił się nieprzyjemny grymas. Jak zawsze z resztą. - Jaki cudem tu jesteś? Powinnaś być w Piekle, tak samo jak ci wszyscy za tobą.
- Jak miło, że wcale nie zmieniłeś do mnie podejścia Piotrze. - uśmiechnęłam się słodko, poklepałam po policzku i minęłam spokojnym krokiem. - Przyszliśmy na audiencję do Boga. Mam na dzieję, że nie masz nic przeciwko.
- Mogłem się spodziewać, że znajdziesz wyjście. - usłyszałam Jego westchnięcie. Wyjątkowo przybrał ludzką postać. - W końcu sam dałem ci te oczy, Ewo.
- Ech, wy naprawdę macie nasrane we łbie. Ile razy mam powtarzać, że nie jestem waszą laską?
- Witaj Jahwe. - Lucyfer przywitał się z galanterią. - Kopę lat.
- Lucyferze, jak miło cię widzieć.
Chłopcy mierzyli się wzrokiem, a ja tymczasem wyjęłam pierścień z kieszeni i zaczęłam się nim bawić.
- Długo zastanawiałam się, czemu nie mogę pozbyć się tego pierścienia. - odezwałam się nagle i mój głos rozszedł się echem po komnacie. - Wiesz, że chyba już rozwiązałam tą zagadkę? W ten sposób dałeś mi moc i zaobrączkowałeś przy okazji. Bardzo sprytne, muszę przyznać. Choć trochę wnerwiające, ale cóż. W końcu to ty.
- Do czego dążysz? - przyglądał mi się podejrzliwie.
- Każdy, kto go ma na sobie, dostaje część naszej mocy, prawda? Nie ważne, kto to jest. Dzięki temu dusza może przejść dalej. Pieśni tylko w tym pomagają, jeśli jesteś jeszcze na ziemi i zrobiłeś coś złego.
- Ewo…
- Anioły, które są praktycznie równe tobie, wzrastają w siłę. Ona mogłaby cię nawet przewyższyć, gdyby mieli go na sobie. - ciągnęłam swój monolog, nie zważając na niego. Jednak po chwili zwróciłam na niego swoje spojrzenie. Wątpię by dostrzegł coś przyjemnego w nim, bo ewidentnie zaczął się denerwować. - Nawet upadłe anioły.
- Nie! - Jego krzyk rozległ się dookoła, a ja szybkim ruchem włożyłam pierścień Lucyferowi.
To co się stało następnie było niesamowite. Momentalnie zmienił się w kulę światła, którą mi zawsze pokazywał i zaczął się zmiejszać. To wyglądało tak, jakby ktoś wysysał całą jego moc. Kiedy w końcu był rozmiaru główki od szpilki wybuchł niczym barwny fajerwerek. Języki ognia upadły na dusze wokół mnie i wnikły w nie. Ludzie zaczęli przypominać siebie z zza życia i powoli znikali jeden po drugim, by udać się do następnego życia.
Z całej naszej ferajny zostały tylko trzy osoby - ja, Lucyfer i Kain. Oni rozglądali się zdziwieni, a ja znów uśmiechałam się zwycięzko. Wszystko poszło według mojego planu
- Co tu się stało, do cholery? - zapytał Kain.
- Jahwe wybuchł, a nowym bogiem jest twój ojciec. - powiedziałam jakby nigdy nic.
- Że co?! - krzyknęli obydwoje jednocześnie.
- Nic o tym nie wspomniałaś. - zauważył starszy.
- Gdybym ci o tym powiedziała, to poszedłbyś ze mną? Nie sądzę. Z resztą potrzebujemy kogoś do administracji w tym, miejscu i nie mamy czasu szukać właściwego kandydata. Każda kolejna sekunda to kolejna dziesiątki dusz do przesłania dalej.
- Nie mam mocy…
- Puki nosisz pierścień, to ją masz. Jeśli go zdejmiesz… Możesz wtedy uwolnić Jahwe. - uprzedziłam szybko. - A jak to zrobisz, to będzie po nas. Nie będzie taki miły i nie ześle nas na dół. Od razu nas zniszczy.
- Nie zdajesz sobie sprawy o co mnie prosisz. Przeceniasz moje siły.
- Nie pamiętasz słów Ewy tuż przed waszym rozstaniem? - popatrzył na mnie z konsternacją. Zacytowałam ją więc. Bynajmniej to, co pamiętałam. - „Czemu pozwalasz tak sobą pomiatać? Gdybyś chciał mógłbyś z łatwością pokonać Jahwe. Oboje dobrze o tym wiemy. On chyba też się tego obawia, dlatego tak cię traktuje. Byłbyś dużo lepszym Bogiem od niego…”
- Pamiętam. - przerwał mi. - Śmiałem się z tego i kazałem jej się nie wygłupiać.
- Teraz masz szansę udowodnić, że się nie myliła co do ciebie.
- Muszę wam przerwać wasze świergotanie, ale jednej rzeczy nie mogę pojąć. - Kain stanął między nami, przodem do mnie. - Jakim cudem On wybuchł?
- Lucyfer był połączony swego rodzaju nicią z duszami z Piekła. Kidy założyłam mu tutaj pierścień energia Jahwe, która wspomaga proces przeniesienia, została podzielona na tych wszystkich nieszczęśników. Widzieliście to pod postacią języków ognia. Reszta poszła na was, by oddać wam należną, anielską moc. W końcu Kainie jesteś synem anioła. A że Lucyfer był najpotężniejszym z aniołów i jego moc została całkowicie mu zabrana, to musiało to być wyrównane i teraz jest Bogiem. Proste, prawda?
- Ty nie dostałaś nic z Jego mocy. - zwrócił uwagę
- Zauważyłeś. - zaśmiałam się nerwowo. Cóż mogę powiedzieć, przyłapał mnie.
- Ty znikasz. - powiedział przerażony. Zaskoczona podniosłam ręce ku twarzy i ujrzałam, iż robię się coraz bardziej przeźroczysta.
- To prawda. Moje zadanie zostało wypełnione. Moja dusza może w końcu odejść w spokoju.
- Jak to wypełniłaś zadanie?
- Jej zadaniem było pomścić niesprawiedliwość Jahwe. Ewa przysięgła, że kiedy On straci uwagę, to go załatwi. - powiedział jego ojciec.
- Pamiętałeś. - zdziwiłam się.
- Nie mógłbym zapomnieć. - musnął moją twarz opuszkami palców. - Pożegnać go za ciebie?
- Byłabym wdzięczna. Możesz mu przekazać, że to co mu powiedziałam, po jego opowieści, nie zmieniło się dla mnie?
- Przekażę mu.
- Dziękuję. Kainie… - zwróciłam się do chłopaka. - Pomimo twojego błędu Ewa była z ciebie dumna. Nie powinieneś się obwiniać o śmierć brata. W zamian uśmiechnij się czasem, dobrze?
- Postaram się.
Moje ciało coraz bardziej zanikało, a ja czułam się naprawdę dobrze. Chyba po raz pierwszy byłam szczęśliwa i spełniona w czasie, kiedy byłam Leną.
Praktycznie już mnie nie było. Byłam na granicy świadomości, kiedy zobaczyłam jak Lucyfer zdejmuje pierścień. Nie miałam siły zareagować. Nagle oblała mnie ogromna fala energii.
- Jeśli choć przez chwilę myślałaś, że pozwolę ci odejść, to znaczy, że mnie nie znasz.
Moje ciało momentalnie wróciło do normy. Na moim palcu zabłysł srebrny pierścień.
- Poza tym Adam by mnie zabił, gdybym na to pozwolił i nie mam najmniejszej ochoty być Bogiem. To zbyt poważna robota.
- Przy okazji nie nadajesz się do niej. - Adam odezwał się znienacka. Spojrzałam na niego zaszokowana.
- Skąd ty się tu wziąłeś?
- Kiedy zabiłaś tamtego człowieka Jahwe mnie tu ściągnął. - objął mnie mocno. - Naprawdę chciałaś odejść bez pożegnania?
- Myślałam, że nie mam już czasu. - wtuliłam się w niego z całej siły. - Nawet sobie nie wyobrażasz jak żałowałam, że już cię nigdy nie ujrzę.
- Dobra papużki, koniec flirtowania. Lina ma przed sobą masę roboty. - Lucek wepchnął się między nas.
- Zazdrosny? - zakpił z niego Adam.
- I to jeszcze jak! Pamiętaj, że ona była moją dziewczyną.
- Będziecie się teraz kłócić o to, kto ma prawo do Boga? Chyba ze mnie kpicie. - powiedziałam dla draki. Następnie usiadłam na tronie… moim tronie. - Ok., chłopcy. Przyprowadźcie mi pierwszą duszę na sąd. Musimy się śpieszyć, bo pod bramą robi się całkiem spory tłum.
- Od kilku minut jest Bogiem i już się rządzi. -mruknął Kain i poszedł do bramy.
- Słyszałam to! - zawołałam za nim, rozbawiona, po czym wzięłam się za swoją robotę.
Od tamtego czasu upłynęło parę lat. Nie wiem ile, bo od nawału pracy straciłam rachubę. Dalej jestem Bogiem, choć ludzie mówią o mnie jak o facecie. Cóż mogę poradzić? Mam męską robotę ;).
Do zobaczenia po waszej śmierci.
